Początki mojej zawodowej drogi w bioenergoterapii.

Późnym wieczorem przyjeżdża do mnie do domu mój szwagier ze swoim sąsiadem z prośbą, abym zajął się dwunastoletnim siostrzeńcem sąsiada, mieszkającym w K. Chłopiec w domu nagle stracił przytomność. Od pewnego czasu przebywa na OIOMie w miejscowym szpitalu, ale medycyna jest bezradna. Lekarze przewidują złe zakończenie i sugerują, aby rodzina wyraziła zgodę na wykorzystanie po śmierci chłopca jego organów do przeszczepów. Zgadzam się. Kilkakrotnie jeżdżę do K. i wykonuję zabiegi w szpitalu. Ewidentna poprawa. Już jest z nim kontakt. Chłopiec zostaje przeniesiony na salę ogólną. Dalsza poprawa. W czasie jednego z ostatnich moich zabiegów w szpitalu na salę przychodzi dyrektor szpitala w asyście kilkunastu lekarzy. Przyglądają się zabiegowi. Po zakończeniu dyrektor wypowiada się, że jest to nieznana metoda i medycyna nie może się nią zajmować, ale rzeczywiście efekty są imponujące. Obecnie dorosły już chłopiec jest świetnym specjalistą od motoryzacji.