Początki mojej zawodowej drogi w bioenergoterapii.

Późnym wieczorem przyjeżdża do mnie do domu mój szwagier ze swoim sąsiadem z prośbą, abym zajął się dwunastoletnim siostrzeńcem sąsiada, mieszkającym w K. Chłopiec w domu nagle stracił przytomność. Od pewnego czasu przebywa na OIOMie w miejscowym szpitalu, ale medycyna jest bezradna. Lekarze przewidują złe zakończenie i sugerują, aby rodzina wyraziła zgodę na wykorzystanie po śmierci chłopca jego organów do przeszczepów. Zgadzam się. Kilkakrotnie jeżdżę do K. i wykonuję zabiegi w szpitalu. Ewidentna poprawa. Już jest z nim kontakt. Chłopiec zostaje przeniesiony na salę ogólną. Dalsza poprawa. W czasie jednego z ostatnich moich zabiegów w szpitalu na salę przychodzi dyrektor szpitala w asyście kilkunastu lekarzy. Przyglądają się zabiegowi. Po zakończeniu dyrektor wypowiada się, że jest to nieznana metoda i medycyna nie może się nią zajmować, ale rzeczywiście efekty są imponujące. Obecnie dorosły już chłopiec jest świetnym specjalistą od motoryzacji.

Kolejna prośba z K.

10-letnia Ania jechała rowerem. Została potrącona przez dostawczego Żuka. Od miesiąca w śpiączce na OIOMie. Nie reaguje na bodźce. Już w czasie pierwszego zabiegu udaje się nawiązać z nią kontakt i Ania w obecności personelu OIOM wykonuje proste polecenia typu „porusz kciukiem”, „mrugnij oczami”, itp. Seria zabiegów i całkowity powrót do zdrowia.

K. Sandra D.

Potrącona przez samochód. Kilkanaście metrów w powietrzu i uderzenie głową o asfalt. Śmierć kliniczna. Pogotowie przyjeżdża szybko. Przeprowadzona reanimacja przywraca akcję serca. Helikopterem zostaje przetransportowana do Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Bardzo aktywnie działa rodzina, a szczególnie dziadek dziewczynki. W szpitalu zostają zaangażowani najlepsi specjaliści, również z Niemiec, a dziecko jest podłączone do najnowocześniejszej aparatury. Niestety jest stłuczony pień mózgu i rokowania są bardzo złe. Rodzina zwraca się do mnie z prośbą, abym natychmiast przerwał zabiegi, które właśnie wykonuję i jechał do Łodzi. Jest to możliwe około godz. 24:00, kiedy kończę pracę. Około 2:00 w nocy przyjeżdżamy do szpitala. Uprzedzony personel życzliwie udziela wszelkich informacji. Poza sercem, za Sandrę pracuje cały box aparatury medycznej. Pomimo tego, że sytuacja jest krytyczna, dostrzegam cień szansy na poprawę. Cała seria zabiegów i systematyczne polepszanie stanu zdrowia. Całkowity kontakt intelektualny i ruchowy. Najgorzej jest z oddychaniem. Cały czas pracuje respirator, ale oddech nie wraca. Wreszcie po kolejnym zabiegu oddech się pojawia. 3 dni Sandra oddycha samodzielnie, po czym znowu musi działać respirator. Propozycja medycyny niemieckiej, aby przewieźć Sandrę do jednej z niemieckich klinik i tam przy pomocy pewnego niewielkiego urządzenia (wielkości radia CD), które będzie musiała na sobie nosić, będzie przywrócony oddech. Jestem temu przeciwny, gdyż uważam, że skoro raz oddech został przywrócony to może tak być i w przyszłości. Rodzina decyduje się na medycynę niemiecką. Po koło 5 latach dostałem informację, że Sandra zmarła w wyniku infekcji, która wdała się na obszarze kablowego połączenia urządzenia z organizmem.